Tischner był oczywiście niezwykły, ale może my też możemy w ten sposób pojmować nasze prowincje?
Trudno mi pisać ten tekst, bo jest w środowisku „Polska Ma Sens” przynajmniej kilka osób, które mają większe predyspozycje, żeby pisać o Tischnerze, Łopusznej i Podhalu. Ale skoro mam pisać o fajnej prowincji i o tym, jak można ją rozumieć, to nie uniknę powrotu do korzeni, a więc do mojej pierwszej, prawdziwej fascynacji dobrą prowincją.
Tak się kiedyś zdarzyło, że jeszcze jako studenta, los - w dość przekorny sposób - związał mnie właśnie z Łopuszną. O niewielkiej wsi wiedziałem tylko tyle, że leży gdzieś na Podhalu (którym, nawiasem mówiąc, jako „góral niskopienny” z niziutkich przecież Beskidów, gardziłem chyba prawie tak mocno, jak górale z Podhala nami) i... właściwie tyle. Stopniowo poznawałem kolejnych ludzi z Łopusznej (charakternych jak mało kto!), a podczas tych spotkań ciągle przewijała się postać ks. Józefa Tischnera. Młody byłem, głupi, więc i żaden ksiądz zaimponować mi wtedy nie mógł. Ale Tischner pojawiał się i pojawiał. Ten był na jego pogrzebie, ten chodził z nim na spacery, inny znowu widywał go w bacówce. Tak poznawałem Tischnera, który był razem z nimi, był ich częścią, rozmawiał, żartował, wymieniał uprzejmości. A później poznałem Tischnera – filozofa.
Wszystko pasowało. Łopuszna, ta urocza prowincja, w której odpoczywał, ale i pracował, ukształtowała dojrzałego filozofa, nieodrzucającego swoich korzeni. Co więcej - tak mocno wrosła w myśl Tischnera, że chyba nikt nie wyobraża sobie, iż „Historia filozofii po góralsku” mogłaby nie powstać. Mało już dzisiaj myślicieli tak mocno podkreślających wagę korzeni, z których wyrośli. Tischner, wychodząc z Podhala, potrafił tworzyć cudowną syntezę świata.
Dzisiaj w Łopusznej ciągle jest bacówka, w której miało mu się pisać łatwiej niż w Krakowie. Jest Tischnerówka, ale przede wszystkim jest pamięć. Bo wszyscy w Łopusznej księdza przecież pamiętają i ciągle o nim rozmawiają.
Dla mnie Tischner był swoistym „apostołem prowincji”, który pokazał mi - choć nie miałem możliwości go poznać - że nie trzeba uciekać do wielkich miast, bo do swoich korzeni można ciągle wracać. Spotkanie z Łopuszną „potischnerowską”, po raz pierwszy pokazało mi prowincję idealną. Miejsce, w którym można się zatrzymać, ale które nie zatrzymuje.
Ksiądz Józef Tischner pokazał mi, że prowincji nie trzeba się wstydzić. Że postrzegana w odpowiedni sposób nie ogranicza, a katalizuje do wielkich działań.















