zamknij         x
Serwis www.polskamasens.pl używa plików cookies zgodnie z opisaną polityką prywatności. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na użycie plików cookies.
piątek, 18 maja 2012

Pamiętam...

W latach 1961-62 namalowałem w „pracowni” mojego jednopokojowego mieszkania, serię 23 portretów osób z kręgu „Tygodnika Powszechnego” i znajomych krakowian. Było duże zaskoczenie, śmiechy i same entuzjastyczne recenzje. Portrety sfotografował redakcyjny goniec Adam Bujak, późniejszy bardzo popularny fotograf, zafascynowany tematyką religijną – Stefan Papp, nestor sztuk plastycznych, wspomina swoją przyjaźń z Jerzym Turowiczem.

rys. Stefan Papp

Lata pracy w „Tygodniku Powszechnym” i współpracy ze „Znakiem” i „Więzią”, wywarły na mnie, na moją twórczość i działalność ogromny wpływ! Nie zapomnę – jak się dzisiaj mówi – magicznych spotkań i rozmów z Jerzym Turowiczem, jego ciepłego, pełnego namysłu głosu, jego wyrozumiałych spojrzeń i budzącego ufność uśmiechu. Znam te pogodnie zatroskane rysy twarzy: moja matka pochodziła ze starego rodu Bohosiewiczów – kresowych Ormian Polskich. Z wciąż żywym podziwem i szacunkiem wspominam światłych ludzi, tego wyspowego środowiska zwyczajnej intelektualnej uczciwości, którym zawdzięczam swoje ukształtowanie...

Staram się natomiast wyprzeć z pamięci te wszystkie upokorzenia i szykany ze strony trzymających władzę i trzymających z władzą, którzy wepchnęli mnie do getta i skutecznie uprzykrzali mi pracę w „Tygodniku Powszechnym”. Ale złego nie da się zapomnieć...
A tak się to zaczęło: od szczęśliwego nieszczęścia!

Wyjście awaryjne...
Po przełomowej – wobec ideologii socrealizmu – wystawie w warszawskim Arsenale, w 1955 roku, na fali dojrzewania politycznej odwilży, wiosną 1956 roku postanowiłem założyć niezależne czasopismo artystyczne. Byłem studentem IV roku na Wydziale Rzeźby, krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Z normalnymi trudnościami w nienormalnych warunkach, udało mi się zebrać zespół entuzjastów, namówić szefów Krakowskiego Oddziału Zrzeszenia Studentów Polskich do firmowania i sfinansowania wydawanie tego pisma oraz uzyskać zgodę, a nawet życzliwe poparcie ówczesnego szefa krakowskiej cenzury.

Byłem sekretarzem redakcji, który nie miał pojęcia o wydawaniu czasopisma, zajmowałem się jego bytem i produkcją – w warunkach braku precedensu, pogody i procedury dla oddolnych inicjatyw, surowych limitów na druk i drakońskiej reglamentacji papieru.

Z początkiem stycznia 1957 roku ukazał się pierwszy numer magazynu graficzno-literackiego pod nazwą „Czarno na Białym”, po czym cofnięto nam zezwolenie, bo okazało się, że pod takim samym tytułem wychodziło jakieś pismo przed wojną. Zmieniliśmy nazwę na „Zebra” i po kilku miesiącach upartych starań, przywiozłem z Warszawy nową koncesję.

„Zebra” szybko zdobyła sobie zainteresowanie wśród młodych i starszych czytelników, zwłaszcza ze środowisk artystycznych. Pewnego dnia w lecie, o godzinie szóstej rano, usłyszałem w radiu „Wolna Europa” wypowiedź Czesława Miłosza, który mówił, że po raz pierwszy po jego emigracji, w krakowskiej „Zebrze” ukazał się fragment jego „Antygony”!

Nie mieliśmy żadnych odgórnych subwencji, a na skromne honoraria dla sekretarki i dwóch redaktorów zarabialiśmy, sprzedając prace krakowskich artystów na zaimprowizowanym straganie pod Bramą Floriańską...

W jesieni wybuchł skandal: szefujący zespołowi Tadeusz Śliwiak, postanowił z gotowego do druku kolejnego numeru wyrzucić przygotowywane od kilku miesięcy utwory pisarzy i poetów emigracyjnych. Motywem jego decyzji była opinia, że te teksty mogłyby być źle widziane przez władzę. Ponieważ nie po to powstała „Zebra”, by podobać się władzy, postanowiłem pożegnać się z redakcją – już nie mojego pisma...

...i szczęśliwe lądowanie

Byłem żonatym i dzieciatym studentem na roku dyplomowym – musiałem pracować! Wtedy już znałem Tadeusza Myślika z „Tygodnika Powszechnego” – i kiedy go przypadkowo spotkałem, zapytałem, czy mógłby mi pomóc w znalezieniu pracy. Tadeusz wysłał mnie do swojego szefa – Jerzego Turowicza. Szedłem do tej poważniej redakcji tego poważnego „Tygodnika Powszechnego” z duszą na ramieniu. Kiedy przedstawiłem się redaktorowi Turowiczowi, powiedział, że słyszał o mnie za sprawą „Zebry” i że podoba mu się to, co robimy. Opowiedziałem, czemu odszedłem i zapytałem, czy mógłby mnie zatrudnić.
Okazało się, że redakcja pilnie potrzebuje grafika. Po zaskakująco krótkiej rozmowie o mojej pracy, musiałem jedną krępującą sprawę wyjaśnić: że jestem niepraktykujący.

Jerzy Turowicz uśmiechnął się i powiedział, że mnie o to nie pyta, że to moja sprawa. Te jakże „pouczające” słowa wywarły na mnie duże wrażenie. Idąc przez redakcyjne pokoje do wyjścia, pomyślałem sobie, że ja tu JUŻ pracuję! Niektórzy w redakcji słyszeli o mnie, ich zaciekawienie moją wizytą było życzliwe, takie wychodzące naprzeciw. Czułem, że będę tu wśród dobrych ludzi. Po wyjściu z redakcji, moja dusza szybko wróciła na swoje miejsce...

Spontaniczna radość trwała jednak krótko, zagłuszona zwątpieniami i obawą, czy dam radę, czy potrafię! To przecież poważna gazeta. W Polsce najważniejsza – ewenement w krajach demoludów...
Zostałem redaktorem graficzno-technicznym na pół etacie, z niewielką pensją. Redakcji bardzo zależało, aby po odzyskaniu w 1956 roku pisma z kilkuletniego karnego zesłania do PAX-u, nadać „Tygodnikowi” nową graficzną tożsamość.

Byłem zwolennikiem tradycyjnego drukarstwa gazetowego. Założyłem sobie, że gazeta powinna wyglądać poważnie, ale z inteligentnym dowcipem, że musi budzić respekt, ale też okazywać czytelnikowi szacunek, przez wychodzenie naprzeciw jego pragnieniu niezakłóconej lektury. Elementy graficzne powinny intrygować oko i umysł – zachęcać do czytania i ułatwiać identyfikowanie treści. Bardzo o to dbałem, by każda strona miała swój czytelny charakter, zgodny z gazetową hierarchią funkcji i porządku tematycznego: informacje, komentarze, artykuły problemowe, reportaże, recenzje, stałe rubryki, felietony, listy i tzw. michałki. Stronami szczególnej troski były: pierwsza – oficjalna, reprezentatywna oraz trzecia – ideowa, postulatywna. Pracowałem szybko, projektując każdą stronę na żywo, w trakcie łamania numeru – nie było czasu na długie rozmyślanie i poprawianie.

Brudna robota
Praktycznie zajmowałem się „brudną robotą” – w dosłownym i metaforycznym sensie. Moim miejscem pracy była drukarnia partyjnego koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”, przy ulicy Wielopole 1. Bywałem już wcześniej w tym prasowym kombinacie. Imponowała mi wielka hala zecerni, z rzędami metalowych stołów, nad którymi pochylali się skupieni metrampaże, zabiegani redaktorzy, stukot linotypów i wszechobecny zapach benzyny...

Metrampaż „Tygodnika”, Julian Gurszczyk, przywitał mnie z godnością, typową dla przedwojennych drukarzy. Miał duże doświadczenie i wiedzę i pewnie nie byłby zachwycony, że ktoś będzie mu mówił, co ma robić. Kiedy zauważył, że się nie wymądrzam i szybko się uczę, że nie zamęczam go prostackimi pytaniami, lecz staram się domyślać, czego nie wiem – lody zostały przełamane. Nie było czasu na oswojenie się – musiałem od razu włączyć się w rytm pracy i podporządkować się rytuałowi przestrzegania harmonogramu.

Od pierwszego roboczego dnia przekonałem się, jak bardzo „Tygodnik” jest pismem przez rządzących jawnie niechcianym. W planie pracy drukarni najważniejsza była partyjna „Gazeta Krakowska”, następne miejsca zajmowały „Dziennik Polski” i „Echo Krakowa”, potem „Życie Literackie” i „Tygodnik Powszechny”. Było kilku partyjnych redaktorów, którzy pilnowali, by „Tygodnik” nie wykorzystywał interesownej sympatii drukarzy...

O status bycia tolerowanym, trzeba było wciąż od nowa się starać. W zabieganiu o życzliwość personelu, naszym aniołem stróżem był Zygmunt Pawlus z administracji, który umiał uszanować lokalny obyczaj „sie da, sie zrobi” i skutecznie ratował produkcję „Tygodnika” z częstych drukarnianych opresji.
Kochany człowiek, pamiętam go zawsze uśmiechniętego od ucha do ucha, pędzącego coś załatwić, z wypchaną teczką, w której zawsze było pół litra – na wszelki wypadek...

Drugą osobą, zasłużoną w terminowym ukazywaniu się „Tygodnika”, była Marysia Lachówna z redakcji, która starała się bić swoje rekordy w skracaniu czasu pokonywania drogi między redakcją, urzędem cenzury i drukarnią. Marysia, zawsze zajęta, o wszystkim pamiętająca i wobec redaktorów opiekuńcza, była najprawdziwszą duszą redakcji!

Główną przyczyną kłopotów z zachowaniem obowiązujących terminów była cenzura! Kto nie wie, jak zaostrzone procedury cenzorskie stosowano wobec „Tygodnika”, nie zrozumie, w jakich bólach pismo powstawało!. Na każdym z trzech etapów udzielania zezwoleń na kontynuację prac przy wydawaniu „Tygodnika”, trwało zawzięte polowanie cenzury na zabronionych autorów i na wspominanie zakazanych wydawnictw, na ujawnianie utajnianych faktów i wydarzeń – np. protesty robotnicze, zabronione rocznice, na politycznie spalone nazwiska czy nazwy – np. dawnych polskich miejscowości, na „imperialistyczne” słowa – jak „prawa człowieka” czy „wolności obywatelskie”, na zabronione cytaty – np. z Miłosza, na surowo przemilczane problemy społeczne, polityczne, gospodarze, a zwłaszcza na krytyczne opinie o socjalizmie i prozachodnie poglądy. Najsurowszej kontroli podlegały wszystkie informacje i wypowiedzi dotyczące Związku Radzieckiego, nawet najłagodniejsza wzmianka krytyczna, wywoływała ostre protesty radzieckiej ambasady i polityczną – mściwą – awanturę w kraju...
Redakcja nie popuszczała cenzorom, redaktorzy wykłócali się o każdą ingerencję i konfiskatę. Niekiedy udawało się coś ważnego obronić przed nożycami, albo złagodzić cięcia. Te targi z cenzurą hamowały tok pracy w drukarni. Z zasady najważniejsze decyzje cenzury zapadały we wtorki około południa – właśnie tego dnia wieczorem był wyznaczony termin druku. Wiązał się z nim termin odbioru nakładu przez „Ruch” i plan kolportażu.

Kiedy redakcja spodziewała się konfiskaty jakiegoś artykułu, już wcześniej były na wszelki wypadek przygotowane teksty zastępcze. Rzecz w tym, że nigdy nie było do końca wiadomo, co cenzura aktualnie zakwestionuje...

Wiadomo było, że zamieszczanie trefnych tekstów miało w tamtych czasach duże znaczenie w obiegu idei, bowiem materiały skonfiskowane trafiały do „grupy celowej” – do politycznych adresatów i były przez władze pilnie czytane. Z drugiej strony, częste ingerencje stawały się argumentem władzy w zarzutach, że „Tygodnik” jest wyraźnie wrogo nastawiony do systemu. W medialnej rzeczywistości PRL-u, osobliwie znaczącym wydarzeniem był też fakt, kiedy „Tygodnik Powszechny” o czymś politycznie ważnym nie pisał! Jak wymowne było takie przemilczenie, jak bardzo bolała władzę taka odmowa uczestnictwa w chórze poprawnego bełkotu, najlepiej świadczy epizod karnego przekazania „Tygodnika” PAX-owi, za nieopublikowanie żałobnego „peanu” o Stalinie z powodu jego śmierci...
Redaktorzy i autorzy „Tygodnika” byli uczuleni na recepcję ich przekazów, często sprytnie preparowanych tekstów, by mogły przejść przez cenzurę. Z listów do redakcji i z bezpośrednio przekazywanych opinii wynikało, że wytworzyła się swoista umiejętność czytania „między wierszami”, domyślnego dekodowania kamuflażu i rozszyfrowywania dziwnych metafor: czytanie inteligentne – „ze zrozumieniem”, stało się trendy i – paradoksalnie – uatrakcyjniało lekturę „Tygodnika”. Autor, któremu udało się przechytrzyć cenzora, chodzi po redakcji, dumny jak paw! W tej zabawie z cenzurą w kotka i myszkę, liczyły się również zabiegi „psychograficzne”: co, gdzie, jak i w jakim sąsiedztwie było zamieszczane...

Najgorsze było to, że czytelnicy nie wiedzieli, co cenzura zdjęła, w którym miejscu ingerowała, psując tekst – białe plamy nie były dozwolone! Nie mieli pojęcia, z jaką determinacją redakcja walczyła o zwiększenie objętości pisma i wysokości nakładu: były to rutynowe elementy szachowania i karania „Tygodnika”. Nie mogli też wiedzieć, jak niechęć władz utrudniała wydawanie i rozpowszechnianie „Tygodnika”.

Trudno opisać, co się działo w drukarni, kiedy we wtorek, w południe, Marysia przynosiła z cenzury decyzję, o zdjęciu jednej albo i dwóch kolumn! Trzeba było dać nowe skrypty do składu, a linotypy pracowały już dla dzienników, drukowanych w nocy. Los „Tygodnika” zależał od dyżurnego kierownika i od Zygmunta Pawlusa: życzliwy kierownik mógł porozdzielać maszynopisy pomiędzy kilku składaczy, a Zygmunt mógł się z nimi umówić na odrobienie „pożyczonego” czasu w nadgodzinach, na koszt redakcji. Te zabiegi wymagały dyskrecji, by nie wzbudzić podejrzeń redaktorów dzienników, czekających na swoje pilne materiały. Po złożeniu tekstów w ołowiu, trzeba było szybko zrobić odbitki do korekty, ale pomocnicy byli zajęci, więc sam odbijałem, choć to wbrew BHP. Po złamaniu i odbiciu nowych kolumn, trzeba było je szybko zanieść do dyżurnego cenzora na piątym piętrze, który właśnie zrobił sobie przerwę na popołudniową kawę. A czas biegł...

Mimo wszystkich złośliwości, udręk i napięć ciągłego pośpiechu, kochałem tę drukarską robotę! Staraliśmy się jak najwięcej kolumn złamać w piątki, by jak najwcześniej znalazły się w cenzurze. Nauczyłem się fachowo obchodzić z materiałem drukarskim i łamać kolumny. W tym czasie metrampaż składał tytuły wedle moich sugestii. Pracowaliśmy sprawnie, rozumiejąc się prawie bez słów. W drukarni doceniano moją pracowitość i kompetencje, więc się obsługiwaniem nas nie bardzo przejmowano...
Pewnego razu musiałem sam zanieść nowe kolumny do dyżurnego cenzora. Byłem oczywiście, po łokcie osmarowany farbą drukarską. Cenzor pracował od niedawna w krakowskiej delegaturze i mnie nie znał, kazał mi usiąść i czekać na decyzję. Akurat na jednej z kolumn była zamieszczona moja satyryczna historyjka rysunkowa, w której rozprawiałem się z głośną napaścią Chruszczowa na radzieckich twórców, za niedostateczne chwalenie sukcesów socjalizmu. Po wcześniejszym skandalu w cenzurze, za puszczenie innej mojej historyjki rysunkowej – „Jak walczyć z alkoholizmem”, rysunki Pappa musiały być konsultowane z centralą w Warszawie. Cenzor zadzwonił więc do centrali, szczegółowo opisując każdy z trzech rysunków tej historyjki: „Pierwszy. rysunek – gruby pan z małą główką pozuje, za nim stoi urzędnik z teczką, na sztaludze obraz grubego pana z małą główką, obok stoi malarz z pędzlem w ręku; drugi rysunek – urzędnik z teczką przemawia, malarz siedzi i słucha; trzeci rysunek – na sztaludze wizerunek małego grubego pana z ogromną głową, urzędnik wręcza malarzowi medal”. Kiedy otrzymał zgodę na puszczenie historyjki, przybił pieczątkę zezwalającą na druk. Odbierając kolumny, przedstawiłem się i powiedziałem, że dziękuję, za wyczerpującą recenzję moich rysunków! Cenzor brał mnie za gońca – był przerażony popełnioną gafą! Powinien raczej zwątpić w swoje kwalifikacje, bo treścią historyjki było ośmieszenie dyktatorskiej władzy i usłużnych artystów...

Z moją satyrą nie było żartów. Kiedy zachorowałem na zapalenie opłucnej, przynoszono mi z redakcji szpalty felietonów Kisiela do zilustrowania. Raz zdarzyło się, że po wydrukowaniu „Tygodnika” z moim rysunkiem w felietonie Kisiela, cenzura skonfiskowała cały nakład: dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy! Powodem okazał się mój rysunek. Była to, jak zwykle, złośliwa aluzja do wywodów Kisiela. Okazało się, że dyżurujący w nocy cenzor, który przybija ostatnią pieczątkę zezwolenia na rozpowszechnianie wydrukowanej gazety, skojarzył sobie pierwszą stronę „Tygodnika” z dużym artykułem o RWPG – z ostatnią stroną, z felietonem Kisiela i moim rysunkiem i wyszło mu, że RWPG to „dziad, przygrywający dziadom”. Jakiś wyjątkowo domyślny, był ten cenzor...

Wieść się rozeszła, redakcja i ja odbieraliśmy niezasłużone gratulacje, bo ta sensacja była dobrą reklamą dla „Tygodnika”. Paradoks asocjacji cenzora polegał na tym, że leżąc w łóżku, nie miałem pojęcia, co jest zamieszczone na pierwszej stronie!

Środowisko „Tygodnika” było ostentacyjnie izolowane i bojkotowane przez oficjalną prasę i państwowe wydawnictwa. Oświecone poglądy, wywoływały często napastliwe reakcje najbardziej konserwatywnego kleru i części wierzących. Moja praca w katolickim piśmie stała się okazją do dokuczania mi: znajomi pytali, czy już całowałem trzewiki biskupa...

Atmosfera getta sprzyjała zawiązywaniu się przyjaźni w kręgu pracowników i przyjaciół „Tygodnika” i „Znaku”. Prawie rytualny charakter miały wypady na kawę do pobliskiej „Kolorowej” albo do „Krzysztoforów”, gdzie witał nas zawsze zafrasowany szef galerii Grupy Krakowskiej Stanisław Balewicz. Spotykaliśmy się w domach na imieninach, urodzinach, urządzaliśmy wspaniałe zabawy w ciasnych pokojach redakcji etc.

Ubecki dramat

To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba – kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy w „Tygodniku” zaziębiłem się i musiałem się położyć. Rano usłyszałem zamieszanie na korytarzu i pukanie do drzwi. Wszedł młody blondyn średniego wzrostu, przedstawił się, że jest z urzędu bezpieczeństwa i chce porozmawiać. Bardzo się zdenerwowałem. Ubek zaczął od wywodów na temat moich przekonań i wyraził zdziwienie, że pracuję w katolickim piśmie. Potem przeszedł do konkretów, „zaproponował”, abym go informował o tym, co dzieje się w środowisku „Tygodnika”.

Odpowiedziałem, że to niemożliwe, bo po pierwsze – o niczym nic nie wiem, siedzę całymi dniami w drukarni, a po drugie, skoro tak dobrze mnie zna, to wie, że nie będę na nikogo donosił. Powiedziałem mu też, że jestem wdzięczny redakcji, że mnie zatrudniła i że bardzo mi się to środowisko podoba. Sprawy religijne ani polityczne mnie nie interesują...

Wtedy blondynek zmienił swoje ideologiczne apele na bardziej przekonywające argumenty. Wspomniał o zatajeniu w życiorysach pobytu mojej rodziny w latach 1940-45 w przyłączonych do Niemiec Kętach, o przejęciu przez ojca apteki polskiego właściciela. Bardzo mnie zaskoczyło, że o tym wiedział. Powiedziałem, że miałem wtedy osiem lat, że wszyscy nie-Ukraińcy musieli uciekać z Bukowiny, zajętej w 1939 roku przez armię radziecką i przyłączonej do Ukrainy. A w życiorysie pomijałem informacje o wojennej peregrynacji, bo taki los był udziałem milionów ludzi. Widząc, że nie przejąłem się jego argumentem, oświadczył z poważną miną, że mają dowody na moje szpiegostwo na rzecz Watykanu. Są podpisane przeze mnie meldunki na temat konfliktów „Tygodnika Powszechnego” z hierarchią kościelną oraz o politycznej działalności ludzi z kręgu Koła Poselskiego „Znak”. Zapytałem go, czy widział szpiega, który podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod swoimi raportami? Oskarżenie było tak absurdalne, że mnie wkurzyło. Powiedziałem, że skoro mają takie twarde dowody, niech mi wytoczą proces o szpiegostwo. Tego przecież wymaga prawo...

Ubek widocznie zauważył, że się zagalopował i szykował się do wyjścia. Obiecał, że „będziemy w kontakcie” i kazał mi podpisać zobowiązanie, że zachowam tę rozmowę w tajemnicy. Wiedziałem, że odmowa podpisania tego zobowiązania może wywołać różne podejrzenia i bardziej bolesne naciski, przez szkodzenie w pracy mojej żonie lub matce. Mogłem natomiast nie dotrzymać tajemnicy. Odpowiedziałem ubekowi, że takie zobowiązanie do niczego mnie nie zobowiązuje, bo jest nielegalne: nachodzi mnie w moim mieszkaniu, zdradza służbowe tajemnice, nie zastrzegając na początku, że ta rozmowa ma tajny charakter. I dodałem, że jak tylko wyzdrowieję, pójdę do redakcji i opowiem o jego wizycie Jerzemu Turowiczowi. Blondynek oświadczył, że za to grozi mi pięć lat. Nie szkodzi, odparłem, będę miał wreszcie czas na swoją twórczość...

Kilka dni po złowrogiej wizycie, poszedłem do redakcji i bardzo przejęty przerastającą mnie sytuacją, opowiedziałem Jerzemu Turowiczowi o wizycie ubeka, zwracając uwagę na fakt, że mają na mnie haka. Z rozmowy z Jerzym Turowiczem, zapamiętałem przede wszystkim jej serdeczny, uspokajający charakter – byłem przecież krańcowo przestraszony. Turowicz radził, abym uważał na sprytnie zastawiane pułapki i nie dał się złapać na kłamstwie. Ustaliliśmy, że jak długo ubek będzie za mną chodził, powinienem unikać redakcyjnych kontaktów, niezwiązanych bezpośrednio z moją pracą, chociaż nic tu takiego się nie dzieje, co byłoby jakąś ważną tajemnicą. Wiadomo, że totalitarna władza kontroluje społeczeństwo – niech się przekonują, że niczego nie knujemy...

Słowa Turowicza tylko trochę mnie uspokoiły, dla mnie było najważniejsze, że opowie-działem mu o najściu ubeka: trzymanie tego w tajemnicy byłoby niewyobrażalną udręką! Czułbym się kompletnie zdewaluowany we własnych oczach. Mogło to mieć negatywne konsekwencje w mojej twórczości, której siłą sprawczą jest szczerość...

Wielomiesięczne nękanie mnie było koszmarnym przeżyciem, które mnie dosłownie porażało. Ubek pojawiał się wszędzie: w tramwaju, w drukarni, w kawiarni, na wystawie, podczas spaceru z dzieckiem. Często dzwonił, by się umówić. Ten stan oblężenia i zaszczucia był nie do zniesienia, moje nerwy były napięte do granic wytrzymałości. Nie mogłem odmawiać spotkań i rozmowy, bo to budziłoby podejrzenia, że mam coś do ukrycia, że się czegoś obawiam. Próby ignorowania agenta, niemyślenia o jego natarczywych żądaniach, nie powiodły się: wpadłem w obsesję prześladowczą! Jakbym wdepnął w łajno i wciąż czuł ten smród. Nie wiedziałem, jak się w tej, tak bardzo mi obcej i groźnej sytuacji zachować, jak się bronić. Trochę ratowała mnie z tego opętania ubekiem, absorbująca praca w drukarni i w domu – rysowanie i pisanie. Mimo kłopotów, w tym czasie już sporo publikowałem...

Z pytań ubeka wynikało, że ktoś z otoczenia „Tygodnika” donosił, bo wiedział więcej niż ja. Broniłem się prostą prawdą, że niewiele wiem, bo w redakcji bywałem tylko w czwartki, gdy po kolegium dostawałem plan bieżącego numeru. Kiedy podzieliłem się moimi podejrzeniami z Jerzym Turowiczem, powiedział, że wie o tym...

Ubek interesował się też charakterystykami pracowników i współpracowników „Tygodnika” i „Znaku”. Nie mogłem się wykręcać nieznajomością tych osób. Niezależnie od wdzięczności, prawdziwie podziwiałem ludzi tego środowiska, wśród których było wiele znakomitych osobistości. Uważałem, że jeżeli moje opinie będą traktowane poważnie, to mogą tylko zaprzeczać maniackiej podejrzliwości służby bezpieczeństwa. Ku zgorszeniu blondynka, powiedziałem, że szansa poznania tylu wybitnych pisarzy, poetów, filozofów, historyków, publicystów jest dla mnie wielkim darem losu.
Ostatecznie ubek po roku dręczenia mnie, dał mi spokój. Na pożegnanie powiedziałem mu, że są polowania, w których wolę być zwierzyną niż psem gończym...

Dopiero po 2000 roku, dowiedziałem się od Romana Graczyka, że mój przyjaciel, pisarz Olgierd Terlecki, któremu często zwierzałem się z moich przeżyć wojennych i powojennych, był agentem i wszystko, co mu mówiłem, przekazywał Urzędowi Bezpieczeństwa!

Walka z goliatami
Jeszcze długo czułem na plecach oddech ubecji. Wymyśliłem sobie, że wprawdzie ONI mają armię, milicję i ZOMO, służby bezpieczeństwa, prokuratorów i sędziów, za to JA mam swoje idee i wyobraźnię! Wykorzystywałem przyrodzoną pomysłowość i wykształcone umiejętności, by rysunkami satyrycznymi, pisaniem, a później publicystycznymi akcjami, twórczością artystyczną i opracowaniami teoretycznymi, przezwyciężać skutki psychiczne represyjnego systemu. W ten sposób zachowywałem swoją duchową wolność. Można powiedzieć, że „dzięki” tej wszechobecnej presji gwałtu, stymulującego moją kreatywność, w czasach PRL-u udało mi się zrealizować swoje intelektualne zamierzenia i artystyczne marzenia. Nie ma „życia na przetrwanie”: życie jest w każdej sytuacji najprawdziwszym życiem! To ja decyduję, jakim jestem człowiekiem i co zrobię ze swoim życiem!

Czas kwarantanny minął i coraz bardziej włączałem się w normalny rytm życia redakcji, uczestniczyłem w kolegiach i w organizowanych w KIK-u spotkaniach z ciekawymi osobistościami. Ze wzruszeniem wspominam rozmowy z Jerzym Turowiczem, z szefową „Znaku”, Hanną Malewską, z Haliną Bortnowską, z Tadeuszem Mazowieckim czy ze Stefanem Wilkanowiczem – nie tylko z okazji omawiania moich artykułów. Przeżywałem myślowe burze i bardzo potrzebowałem rozmów z ludźmi mądrymi, otwartymi. Pod względem ideologicznym, nigdzie nie pasowałem: po doświadczeniach z totalitarnymi systemami, byłem silnie uczulony na ideologie i światopoglądy. Głowę miałem przepełnioną nowatorskimi ideami i o swoich światoburczych przemyśleniach i wątpliwościach musiałem z kimś rozmawiać.
Moje artykuły i eseje były przez redaktorów szczególnie dokładnie czytane, może nawet z pewną mimowolną nieufnością. Podobny los spotykał moje teksty i rysunki w cenzurze. W odpowiedzi na moje protesty, z powodu jawnie bezpodstawnych ingerencji, usłyszałem, że „Tygodnik Powszechny” nie jest miejscem na publikowanie TAKICH myśli. Czyli jakich?

Omawianie krytycznych uwag i wątpliwości redaktorów było dla mnie zwykle pouczającym doświadczeniem. Najczęściej redaktorzy mieli rację, czasami nie przekonywali mnie, więc broniłem swoich racji, co owocowało precyzowaniem sformułowań.

Pamiętam pouczającą rozmowę z Jerzym Turowiczem, który zaprosił mnie do Klubu Dziennikarzy i tym swoim ciepłym głosem z przepraszającym uśmiechem, otworzył mój umysł na „sztukę wartościowego pisania”. Miał rację, że trzeba zawsze szukać mądrości. Po tej rozmowie przestałem „wbijać szpilki” diabłom w tyłki (metafora J.T.) i zająłem się pomnażaniem aniołów. Zrozumiałem też, że – jak mówił Turowicz - nie można pisać do „wszystkich” czyli do nikogo, że trzeba wyobrazić sobie kogoś, do kogo się pisze, z kim się rozmawia, wtedy autor jest bardziej przekonujący i może zainteresować świadków tej rozmowy. Turowiczowi podobała się moja skłonność do stawiania niewygodnych pytań...
Mówią o mnie, że jestem uparty, to prawda, dzięki temu udawało mi się realizować swoje zamierzenia. Ale kocham mądrość i bardzo staram się uczyć. Być może, byłem najuważniejszym uczniem Jerzego Turowicza...

Hanna Malewska, po przeczytaniu mojego dużego eseju „Antybóg”, powiedziała na wstępie, że jedno jest pewne: to nie jest „Abóg” czyli – negacja Boga! Bardzo żałowała, że nie spodziewa się pozyskać równie żarliwej kontrwypowiedzi, która by równoważyła moje rozważania o zafałszowanej wizji Boga. Mój tekst nie mógł się ukazać. W takim wstępniakowym bloku kilku wypowiedzi, pod hasłem „de malo”, „Znak” opublikował w 1962 roku, moje kontrowersyjne i bardzo niepoprawnościowe refleksje, pt. „Między dobrem a złem”, na temat etycznej hipokryzji, w związku z głośnym procesem Eichmanna.
Pamiętam taką serdecznie szczerą dyskusję o ideach i sprawach ludzkich z kochanym, mądrym księdzem Andrzejem Bardeckim, u mnie w domu, kiedy w pewnym momencie stwierdził z miną odkrywcy, który doznał olśnienia, że jestem bardziej „Jezusowy” niż wielu z tych tłumnie zapełniających kościoły...
Moje życie pędziło coraz gęstszym szlakiem wydarzeń pod coraz bardziej stromą górę. W 1958 roku obroniłem dyplom niejako autorefleksyjną rzeźbą „Walka Dawida z Goliatem”. Prócz pracy w „Tygodniku”, w Teatrze Rapsodycznym, w telewizji, oprócz domowych obowiązków – dużo pisałem, rysowałem i malowałem, dużo publikowałem, nie tylko w „Tygodniku”. Miałem też coraz więcej kłopotów z cenzurą i z twardogłowymi różnej maści.

„Tygodnik” opublikował mój pokoleniowy cykl: „Zaangażowany” – o sobie, „Facet” – o moim bracie, 10 lat młodszym, i „Ten trzeci” – o moim synu. Paxowskie „Kierunki” zaatakowały mnie za ten pierwszy artykuł: o doświadczeniach mojego pokolenia „dzieci wojny”, zaangażowanych, marzących o lepszym świecie i gorzko rozczarowanych. Chciałem, oczywiście, natychmiast na polemikę odpowiedzieć, ale Jerzy Turowicz ostudził mój gniewny zapał: z „Kierunkami” się nie polemizuje...

Redakcja wysłała mnie na zjazd reaktywizacji Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej w Warszawie, które od 1950 roku było zawieszone. Zjazd był tak burzliwy i bojowy, że zaraził mnie poczuciem odpowiedzialności za stan psychiczny społeczeństwa. Napisałem równie dramatyczne sprawozdanie, pt. „Nie dajmy się zwariować”. Cenzura zdjęła mój artykuł. Po pewnym czasie, Zygmunt Pawlus pokazał mi Biuletyn KW PZPR, z wystąpieniem sekretarza propagandy na zjeździe wojewódzkim, który nie zostawił na mnie suchej nitki, wyzywając mnie od „wrogów Polski Ludowej”, za „napaść na ustrój socjalistyczny”. Bezczelność tych oskarżeń tak mnie wkurzyła, że w trybie pilnym zaprosiłem do mojego domu dyrektora krakowskiej cenzury, Wiesława Molika. Powiedziałem mu, że w 1947 roku przyjechałem z Rumunii do Polski. Jeżeli ten towarzysz publicznie twierdzi, że jestem wrogiem Polski Ludowej, to mogę z tej Polski wyjechać! Pisałem sprawozdanie z dyskusji na legalnym zjeździe PTHP – to przecież nie były moje oceny i postulaty! Dyrektora Molika wypowiedź owego sekretarza też zdenerwowała. Tłumaczył się, że nie doniósł na mnie, że mają obowiązek przekazywania skonfiskowanych artykułów do Komitetu Wojewódzkiego. Przepraszał mnie i zapewniał, że postara się wyjaśnić to skandaliczne nieporozumienie.

Nie wiem, co Wiesław Molik załatwił, ale za to, po pewnym czasie, w cotygodniowym felietonie w krakowskim „Dzienniku Polskim” można było poczytać o różnych problemach zdrowia psychicznego, o których pisałem w skonfiskowanym artykule. Autorem był nowy sekretarz propagandy, późniejszy minister kultury...

W lecie 1962 roku podjąłem dodatkową pracę scenografa w powstającej krakowskiej telewizji. Relację z dramatycznie-groteskowo prymitywnych warunków „produkowania” programów, w liczącym 60 m2 radiowym studiu, zawarłem w reportażu „59 stopni Celsjusza”. Wprawdzie nie miałem telewizora, ale miałem swoje refleksje na temat telewizji regionalnej i napisałem o tym w następnym artykule „Telewizja regionalna”. Tekst otrzymał nadtytuł „Artykuł dyskusyjny”. Pierwsza oburzyła się kochana Zofia Starowieyska-Morstinowa, która wtargnęła jak czołg do pokoju Jerzego Turowicza, gdzie odbywały się kolegia redakcyjne, i zawołała, że trzy razy wskoczyła ze złości na kanapę, po przeczytaniu tego Pappa. Napisała frontalną polemikę z moją „prowincjonalną” wizją telewizji. Polemika tej rangi autorki, była dla mnie zaszczytem! Do jej głosu dołączyło się kilku czytelników. Przez kilka tygodni wybijano mi z głowy postulat, by ośrodki regionalne miały charakter kulturotwórczy i by stymulowały rozwój regionów. Wszystkim oponentom – obrońcom kulturalnego centralizmu, odpowiedziałem artykułem „Nie dajmy się zunifikować”...

***
W latach 1961-62 namalowałem w „pracowni” mojego jednopokojowego mieszkania, serię 23 portretów osób z kręgu „Tygodnika” i znajomych krakowian. Było duże zaskoczenie moją niekonwencjonalną stylistyką, śmiechy i podziw. Była też wystawa w Klubie MPiK i same entuzjastyczne recenzje.
W 1962 roku, podczas wręczania mi wyróżnienia w konkursie na słuchowisko, dyrektor krakowskiej Rozgłośni Polskiego Radia, Józef Łabus, wycedził przez zęby, że gdyby wiedział o mojej pracy w „Tygodniku Powszechnym”, to bym nie dostał tego wyróżnienia. Poszedłem do Komitetu Wojewódzkiego PZPR ze skargą na dyr. Łabusa, że mnie ordynarnie dyskryminuje. Widocznie poskutkowało, bo spotkany na ulicy, rzucił mi wściekłe spojrzenie. Ale za jego czasów miałem radio z głowy...
W tym samym roku z mojej wystawy w zakopiańskim Klubie MPiK, sekretarz propagandy KC PZPR, Zenon Kliszko kupił obraz. Kiedy dowiedział się, że „to ten Papp z Tygodnika Powszechnego”, zwrócił obraz, bo „nie pasuje do jego wnętrza”...

Czas Soboru Watykańskiego II był w redakcji okresem szczególnej mobilizacji, religijnego i intelektualnego ożywienia. Byłem – jak wielu – szczerze zafascynowany papieżem Janem XXIII. Tygodnik wydał specjalną broszurę, poświęconą jego encyklice „Pacem in Terris”. Powierzono mi jej graficzne opracowanie. Uważałem, że jest to pierwsza tak kompleksowa humanistyczna wizja rozwoju świata! Ze smutkiem przekonywałem się, że piękne idee Jana XXIII, są chowane pod obrus i coraz bardziej ignorowane...

Kiedy Jerzy Turowicz wyjechał do Rzymu w misji sprawozdawcy z obrad Soboru, zastąpił go Antoni Gołubiew. Swoje rządy zaczął od spotkania z pracownikami redakcji: usiadł na odwróconym krześle i opierając się oburącz na jego oparciu, przemówił do zebranych, że teraz będzie wszystko inaczej! Z mojej perspektywy nic nie było „inaczej”, poza gorączkowym czekaniem na kolejne sprawozdania Turowicza. Soborowe idee poruszały umysły i serca ludzi „Tygodnika”. Nawet ja odczuwałem potrzebę podzielenia się swoimi pozytywnymi refleksjami w artykule „Niewierzący o Soborze”.

Kiedyś w redakcji, przypadkowo rzuciłem okiem na szczotkową odbitkę strony z artykułem młodego, bardzo sympatycznego księdza z Wrocławia. Natrafiłem akurat na fragment, w którym stwierdza, że niewierzący są z góry skazani na grzech i potępienie. Ksiądz był w redakcji, więc podszedłem do niego i zapytałem, skąd wie, co Pan Bóg zrobi z niewierzącymi? Pytam, bo to mnie dotyczy. Chwilę popatrzył na mnie, potem dotknął mnie przepraszająco dłonią, wziął ode mnie odbitkę strony z jego tekstem, szybko ten niefortunny akapit wykreślił. I podziękował...

Nie było mi trudno zauważyć, że „Tygodnik” nie ma łatwego życia w rzeczywistości polskiego katolicyzmu. Interesowałem się sytuacjami, kiedy wybitni artyści, pracujący przy wystroju kościołów, popadali w konflikty z bardzo konserwatywnymi proboszczami. Ich dzieła były naprawdę wspaniałe! Pisali rozpaczliwe listy do redakcji, kiedy kazano im swoje polichromie, ołtarze czy witraże przerabiać albo zlikwidować. Bywało, że znakomity znawca sztuki, mądry i życzliwy negocjator, Tadeusz Chrzanowski, odwiedzał miejsca konfliktów i publikując wnikliwe omówienia religijnych i artystycznych wartości kwestionowanych projektów, przyczyniał się do zmiany krytycznych poglądów niektórych proboszczów.

W 1961 roku „Znak” opublikował moje obszerne omówienie „Wystawy sztuki religijnej” w Krakowie, pt. „Chrystus znowu ludzki”. Na wszelki wypadek redakcja dodała nadtytuł „Dyskusje”. We wstępie piszę: „Współczesność zaczyna również wypierać anachronizmy, pokutujące w twórczości religijnej. Takim polem żarliwej bitwy o sztukę stała się krakowska wystawa współczesnej twórczości religijnej.” Moje długie omówienie eksponowanych prac, kończę wyznaniem: „Jest jedno dzieło na wystawie, które mnie najbardziej wzruszyło, które jest, moim zdaniem, dziełem reprezentującym naszą epokę, zarówno pod względem artystycznym, jak i duchowym. Mam na myśli »Chustę świętej Weroniki« Tadeusza Brzozowskiego. Z pożarów, z krwi i ruin, z krzyku wyłania się twarz. Twarz bardzo ludzkiego Chrystusa.”
Moja współpraca z „Tygodnikiem Powszechnym” skończyła się zgodnie z regułą przysłowia: Kto z cenzurą wojuje...! W kwietniu 1968 roku napisałem oskarżycielski artykuł „Trzecia strona medalu”, w którym – nawiązując do moich wcześniejszych pokoleniowych refleksji, zarzucałem broniącym swojej totalitarnej władzy wiecznie wczorajszym „partyzantom”, zadręczanie duchowości ludzi młodych, zgrzybiałą legendą swojego bohaterstwa w walce o wyzwolenie klasy robotniczej. Odwróconymi do tyłu oczami, nie zauważali, że świat się gwałtownie zmienia, że dzisiaj młodzież walczy o wyzwolenie z zatwardziałej ciemnoty, z biedy cywilizacyjnego zacofania. Był to czas, kiedy ich pokoleniowe wzorce na Zachodzie, dewastowały obłudny mieszczański świat, z jego anachronicznymi wartościami.
Cenzura skonfiskowała mój artykuł, tłumacząc, że próbowałem przygotować sejmowe wystąpienie posłów Koła „Znak”, w sprawie reakcji władz na „gwałtowne antypaństwowe wystąpienia części młodzieży”. W życiu nie podejrzewałem, że jestem taki ważny! Poza tym, nie miałem pojęcia, co zamierzają zrobić posłowie Koła „Znak”. W wyniku moich dość nie-grzecznych protestów przeciwko wrabianiu mnie w politykę, otrzymałem zakaz publikacji w „Tygodniku Powszechnym”. Tak się złożyło, że ten zakaz jakby trwa do dziś...

Po wielu latach – ostatni raz – rozmawiałem z Jerzym Turowiczem na raucie pożegnalnym, z okazji zakończenia misji francuskiego Konsula Generalnego w Krakowie. Pierwsze wątki rozmowy zaczynały się od słów „A pamiętasz...”. Wspominaliśmy złą przeszłość, by napawać się faktem, że minęła. Nie darowałem Wałęsie, że tak Turowiczem poniewierał, dlatego musiałem to podkreślić, że udało się pokonać tamten totalitarny system także dzięki JEGO „Tygodnikowi”, który chronił wartości i bronił poczucia duchowej wolności – jako jej żywego świadectwa. Teraz te wszystkie przeżyte udręki i doświadczone upokorzenia jakby nagle straciły na znaczeniu. Czyżby?
W części aktualnej naszej rozmowy, oboje podziwialiśmy Ziutę Hennelową, która znakomicie spisywała się w sejmie i wszystkich zaskoczyła, tak szybką przemianą z szarej dziennikarskiej obrończyni biednych i pokrzywdzonych – w pryncypialną, mądrą i odpowiedzialną wizjonerkę NOWEJ Polski. Powiedziałem Jerzemu, że w wystąpieniach Ziuty, czuje się obecność Turowiczowego ducha troski, rozsądku, wyważenia opinii i wiary w ludzi. Jerzy tylko się uśmiechnął. Jeszcze chwilę plotkowaliśmy o odchodzącym konsulu Destremau, bardzo barwnej i lubianej w Krakowie postaci...

***
Niedawno przeglądałem korespondencje Jerzego Turowicza z kardynałem Karolem Wojtyłą i późniejszą wymianę listów z Janem Pawłem II. Gdyby mnie ktoś zapytał, co bym dzisiaj chciał powiedzieć Jerzemu Turowiczowi, myślę, że mojemu wspaniałemu mentorowi powiedziałbym tylko tyle: Drogi Jerzy, niestety, to ty miałeś rację! Jak zawsze...

                                                                                                                   Stefan Papp

Stefan Papp zajmuje się rzeźbą, kolażem, grafiką, rysunkiem satyrycznym i artystycznym, sztuką akcji; publicystyką kulturalną, teorią i krytyką sztuki, metodologią kształtowania przestrzeni społecznej oraz teorią postrzegania środowiska.

Urodził się w 1932 roku w Czerniowcach. W 1947 przyjechał z Rumunii do Polski. Uczęszczał do Gimnazjum Snycerskiego w Cieplicach, do Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Zakopanem oraz do Państwowego Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących w Jeleniej Górze, gdzie w 1952 roku zdał maturę. Studia na Wydziale Rzeźby ASP w Krakowie, w pracowni prof. Xawerego Dunikowskiego, ukończył dyplomem w 1958 roku. Wówczas już, od roku (aż po rok 1965) pracował w Tygodniku Powszechnym jako redaktor graficzny. (W późniejszych latach również zajmował się tym redaktorskim fachem).

W latach 1979 - 2001 wykładał w Niemczech, a nadto w 1996 roku obronił doktorat na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej.

Więcej na: www.stefanpapp.pl

Wykorzystano następujące ilustracje:
portrety: Jerzego Turowicza i Władysława Bartoszewskiego (fot. Adam Bujak/Judyta Papp)
„Socrealizm” z teki „Milenium”, 1964
„Rozwój”, 1993
„Polityka” z teki „Milenium”, 1964
z teki: „Pan Tadeusz a sprawa Polska”, 1990


fotografia Stefana Pappa - Judyta Papp/www.judytapapp.com
Wydawca:
Fundacja Świat Ma Sens
Współpracujemy:
Kulturatka   Kultura - Telewizja Polska SA   Towarzysto Kulturalne Fuga   Śląsk Cieszyński ma sens   Virtual Shtetl   Instytut obywatelski   Radio Roxy   Wielka Litera   Kino Świat
Patronujemy:
Międzynarodowy Festiwal Kryminału   Facciano Jogging   Polska Zadaje Szyku!
Created by Agencja Reklamowa Yoho