Wytwórnie płytowe, których monopol złamał internet i mp3, starają się wydawać pewniaki i coraz trudniej przebić się artystom debiutującym.
Odpowiedź na to, jak sobie z tym poradzić, znajdujemy między innymi dzięki pierwszej płycie zespołu Krafcy. Płyty wydają teraz fani. Trend zaczął się jakiś czas temu na Zachodzie i teraz dotarł także do nas. Młodzi wykonawcy, którzy dzięki koncertom zdobyli już grupę fanów, organizują wśród sympatyków zbiórkę i w ten sposób znajdują środki na wydanie płyty. Taki debiut ma sens w dwójnasób. Raz, że zmusza grupę do osiągnięcia naprawdę niezłego warsztatu, dzięki któremu mogą poradzić sobie na scenie i porwać publiczność. Dwa, że reakcja fanów jest już w pewien sposób rekomendacją. Krafcy na pewno mają atuty, którymi mogą zawojować słuchaczy. Ich muzyka jest oparta - jak sami mówią - na fascynacji twórczością Lenny'ego Kravitza i - jak słychać - na dokonaniach Jamiraquai'a. Potrafi zakręcić i wywołać pozytywne emocje. Pomaga tu niewątpliwie sprawność warsztatowa, choć nad tym oczywiście trzeba nieustannie pracować. Przy tak „kolorowej” muzyce partie perkusji na pewno mogłyby być trochę bardziej urozmaicone, również pianista mógłby trochę rzadziej sięgać po patenty z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Warto też może następnym razem zastanowić się nad układem kompozycji. Pierwsza część płyty, mniej więcej do kompozycji „Sofa”, brzmi trochę tak, jakby muzycy koniecznie chcieli spłacić wszystkie dźwiękowe długi swoim muzycznym bohaterom sprzed lat. Później zaś robi się wyraźnie lepiej. Muzyka zyskuje na lekkości i polocie i nie przeszkadzają jej nawet nieco zbyt naiwnie publicystyczne teksty w rodzaju „Gwiazdy sezonu”. Muzyka może bardziej jednoznacznie nawiązuje do twórczości Jaya Kaya i kolegów, ale nie na tyle, by czynić z tego zarzut, a raczej pochwałę za twórcze rozwinięcie swoich inspiracji. Lżej brzmi gra klawiszy, świetnie (to od początku) brzmią gitary. Także wokalista wydaje się czuć jakby pewniej i na swoim miejscu. Na następny singiel - mam nadzieję, że będzie - proponowałbym więc „Virusa”, albo „Tfasz”. Piszę mam nadzieję, bo Krafcy to kolejny zespół, który próbuje grać inteligentną, dobrze podaną muzykę pop. Jak na razie sukces odniosło niewielu, przegrywając z miałkimi piosenkami rozrywkowymi. Trzymam kciuki, żeby Krafcom się jednak powiodło.
Przed nocnymi bałnsami poszłyśmy z Malwiną i Eryką do kina na „Wstyd” Steve'a McQueena. Właściwie poszłam tam z tezą, której potwierdzenie chciałam znaleźć i znalazłam.