- Spałem w opuszczonych budynkach, na polach ryżowych, w świątyniach, meczetach. Ważne, żeby nie padało i było sucho – rozmowa z podróżnikiem, Pawłem Kilenem.

fot. Paweł Kilen
Justyna Kopińska: Jak sfinansować pięcioletnią podróż?
Paweł Kilen: Potrzebne są pieniądze na rok, a potem miejsca, w których możesz zarabiać. Dziesięć tysięcy dolarów wystarczy na taki początek. Podróż zacząłem planować w wieku 25 lat, razem z Gosią, która była wtedy moją dziewczyną. Zobaczyliśmy stronę internetową Kingi i Chopina, którzy przez pięć lat podróżowali dookoła świata. Pomyśleliśmy, że przez kilka lat chcemy żyć podobnie. Ale podróżowaliśmy razem tylko cztery miesiące. Rozstaliśmy się w Indiach. Nie chcę mówić o powodach. Później spędziłem blisko trzy lata w Azji, rok w Australii i Nowej Zelandii i ponad rok w Afryce.
Zacząłeś od podróży autostopem.
Nie chciałem płacić za transport. Autostop to także świetny sposób na poznanie ludzi, rozmowy. W Azji zwykle nie czekasz długo aż ktoś się zatrzyma. Wtedy jeszcze podróżowałem z Gosią. Ludzie zaczęli zapraszać nas do swoich mieszkań, więc noclegi też były darmowe. Pod względem gościnności najlepszy był Iran, dobrze czuliśmy się także w Turcji i Pakistanie. W krajach muzułmańskich ludzie są bardzo otwarci na podróżników. Środek pustyni w Pakistanie, a my złapaliśmy stopa. Kierowca zabrał nas do swojego domu. Nie mówił dobrze po angielsku. Dom był olbrzymi, otoczony murem. Później przedstawiał nas całej rodzinie. Prowadzili nas w różne miejsca, w niektórych domach było nawet osiemdziesiąt osób. W pewien sposób chcieli nam pokazać swój świat.
Potrafisz szybko rozpoznać złe zamiary?
Trzeba umieć czytać ludzi. Szczególnie, kiedy wchodzisz do czyjegoś samochodu. Choć i tak

autostopowicz mniej ryzykuje niż kierowca. Mam większe pole do działania, gdy ktoś jest za kółkiem. Miałem taką sytuację po imprezie w Nowej Zelandii. Mijaliśmy miejsce, gdzie mieszkałem i zignorowano moją prośbę, żeby się zatrzymać. Pociągnąłem kierownicą. Kierowca przestraszył się i zatrzymał samochód. Oczywiście trzeba wybadać, w jaki sposób to zrobić, aby nie mieć wypadku.
Parę razy mnie też okradziono. W Indonezji i w Mongolii. Ale nie wyglądam na osobę, którą łatwo przestraszyć. W moim przypadku największe ryzyko związane jest z chorobami, przed tym nie mogłem się uchronić.
Sześć razy chorowałeś na malarię.
Jeśli szybko rozpoznasz malarię, spędzasz poza trasą tylko trzy dni. Najsilniej zachorowałem na Mali, w ogóle sobie nie podarowałem, jechałem sto dwadzieścia kilometrów dziennie, wziąłem leki, ale po drugim dniu byłem tak wypompowany, że nie wiedziałem, co się dzieje. Piach, gorąco, cały czas ponad trzydzieści stopni.
Miałem też gorączkę w Kambodży. Spływałem własną tratwą z nurtem rzeki.
Własną tratwą?
Kupiłem łódkę za dziesięć dolarów, okleiłem ją folią i plandeką. I byłem gotowy do spływu (śmiech). Tylko ta gorączka mnie zaskoczyła. Ale dotarłem do większego miasta, gdzie był już lekarz.
Ufałeś poznanym ludziom?
Podczas podróży uczysz się nie ufać nikomu i liczyć tylko na siebie. Byłem cały czas narażony na cwaniaczków, osoby, które chciały ode mnie wyciągnąć pieniądze.
Miałem też odpowiednie wyposażenie, własny namiot, śpiwór, karimatę. Wszystko, czego potrzebowałem, by sobie poradzić. Spałem w opuszczonych budynkach, na polach ryżowych, w świątyniach, meczetach. Ważne, żeby nie padało i było sucho. Najgorszą noc miałem na wysokości 5300 m. Przełęcz w Himalajach. Rozbiłem namiot na kamieniach. Było zimno, wilgotno i cały dzień nie jadłem. Ale często najgorszy jest zwykły hotel. W Chinach zaraziłem się od robaków w hostelu.
Myślałeś: „W Polsce zimne piwo, mecze… Co ja tu robię?"
Tak, ale dopiero w Afryce. Wcześniej były trudne chwile, ale dobrze mi się podróżowało. W Afryce podróżowałem rowerem. Miałem problemy z wodą pitną, jedzeniem, a do tego upał. I jeszcze zaciekawienie ze strony mieszkańców. W wielu rejonach nie są przyzwyczajeni do białego koloru skóry.

Najchętniej obserwowaliby mnie nawet przy kąpaniu. Spałem u ludzi, ale nie oszczędzałem na jedzeniu. Wydawałem około pięciu dolarów dziennie. Jak jedziesz na rowerze 120 km dziennie, musisz jeść zdrowo, inaczej po takim wysiłku wpadniesz w depresyjny nastrój.
Potrafisz się skupić po tym, jak cały czas zmieniałeś miejsca?
W podróży byłem sam. Pisałem dziennik, wieczorem myślałem o swoim dniu. Zobaczyłem, że chodzenie jest niezłym sposobem medytacji. Dłuższe trasy pozwalają ci wiele spraw przemyśleć. Ale nawet w zwykłym markecie, podczas zakupów, żadne głosy mnie nie rozpraszały, bo wszyscy używali języka, którego nie rozumiałem. Teraz rzeczywiście jest trudniej. Ale na razie jestem w takiej pozytywnej euforii, lubię rozmawiać po polsku.
Wróciłeś…
…bo zacząłem myśleć o przyszłości, rodzinie, pieniądzach. O tym, co będzie później. Spotkałem mnóstwo podróżników w różnym wieku, którzy już nie zwiedzali tylko tułali się po świecie. Uznałem, że muszę mieć bazę i finanse na profesjonalnie przygotowane podróże.
Nie chcę podróżować jak hippisi. W Europie, Azji czy Australii spotykałem ludzi, których nie było stać na hostel. Spali w supermarketach, jeśli widzieli, że dom jest opuszczony, to się do niego wprowadzali. Czasem ktoś ich przeganiał. Wielokrotnie też tak robiłem. Spałem w opuszczonych budynkach, szałasach. Zbierałem owoce, aby zarobić na dalszą trasę. Nigdy nie żebrałem. W Hiszpanii widziałem młodą parę, usiedli przy supermarkecie z czapką i zaczęli prosić o pieniądze. Zbierali na bilet do Szkocji. Podjechał też do mnie chłopak, dobrze ubrany, na rowerze z przyczepką i prosi ludzi: „one euro”. Nie wstydził się wyciągać rękę do kogoś, kto pracuje.
Czy mógłbyś pracować w korporacji?
Jeszcze nie wiem. Początkowo myślałem, że będę żył z podróży, może z przekazywania własnych doświadczeń lub organizowania wyjazdów. Ale obawiam się, że w pewien sposób zacznę „sprzedawać” siebie czy własną wizję. Chciałbym, żeby podróże stanowiły część mnie, której nie traktuję w wymiarze finansowym.
Teraz zależy mi na tym, aby przełożyć doświadczenie zdobyte w podroży na życie w Polsce. W trudnych warunkach trzeba być pewnym siebie, wiedzieć, czego się chce. Starałem się zrobić z mojej strony wszystko, żeby plan się udał. Reszta zależy od szczęścia. Nie obwiniałem się, jeśli coś nie wyszło. Dalej chcę dawać z siebie wszystko i po prostu wierzyć, że się uda.